< Powrót do strony głównej

Pułapki i kryzysy w początkach edukacji domowej

Poznajemy historię Moniki Kurdej, mamy dwóch synów, z których jeden jest w edukacji domowej, a drugi w tradycyjnej szkole. Jak można wesprzeć swoje dziecko w uzyskaniu samodzielności? W jaki sposób ja-rodzic przeszkadzam swojemu dziecku w procesie nauki? Co zrobić, by nauczyć się oddawać odpowiedzialność za proces nauki w ręce dziecka? Jak wyjść z butów własnych oczekiwań i wyobrażeń o nauce dla swojego dziecka? Zapraszamy do przeczytania najciekawszych momentów rozmowy!

Karolina Cieślik (Szkoła w Chmurze): (…) od Twojego doświadczenia jako mamy chciałabym zacząć. Jak wyglądały edukacyjne ścieżki twoich dzieci, bo wiemy że były bardzo różne. Jak do nich dochodziliście?

Monika Kurdej: Dzieci są różne, najbardziej kluczowe było to, że Rysiek tupnął nogą. Powiedział, że już nie będzie chodził do “tej szkoły”, że już nie będzie robił “głupich testów”. Wydaje się, że ten model wychowawczy, mam na myśli podążanie za dzieckiem – był naszym synom potrzebny – i to on spowodował, że w którymś momencie Rysiek (syn w ed – przyp. red.) stwierdził ‘dosyć tego’. 

Karolina Cieślik: Co Twoim zdaniem rodzice myślący o edukacji domowej powinni wiedzieć, czego powinni mieć świadomość? Bo jest to swego rodzaju “anty-system”, na który należałoby się zdecydować świadomie. 

Monika Kurdej: To jest bardzo trudne pytanie, które krąży wokół tego, że edukacja domowa to edukacja dziecka, a nie rodzica. Na co dzień dzieci doświadczają wielu sytuacji edukacyjnych. Przez sam fakt uczestniczenia w zwykłym życiu się uczą – tylko należy to dostrzec i docenić. Model, w którym mówimy “siadaj – ucz się, tu jest książka, ucz się z książek ” – to nie jest coś na co edukacja domowa stawia. Wiadomo, że do matury mój syn musi przysiąść i się wielu rzeczy nauczyć – nie neguję tego faktu, ale też widzę, że to nie wszystko, to nie jest całość jego edukacji. Czasem syn ma takie lektury przeczytane, że ja niektórych z nich, będąc po studiach polonistycznych do dzisiaj nie przeczytałam. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że na maturze, za dużo punktów to on nie wygra na tym, że zna “Jaskinię Platona”, natomiast dla światopoglądu, dla jego dojrzałości i dla sposobu myślenia jest to bardzo wartościowe i daje interesujące rezultaty. Myślę więc, że rodzice powinni być świadomi tego, że nie tylko “to, co w książkach napisano i jest potrzebne do egzaminu” jest ważne, ale też samorozwój i samoukierunkowanie. Tak naprawdę w każdym z nas tkwi to naturalnie, tylko bywa zagłuszane różnymi informacjami, nawykami, może modami. Pamiętać trzeba, że w edukacji domowej ten samorozwój na pewno silnie dojdzie do głosu.

KC: Czyli zauważasz, że ważnym elementem jest aby zacząć rozumieć edukację dziecka nie jako to, do czego przywykliśmy w tradycyjnej szkole, lecz jako ogólny rozwój, dużo szerzej pojmowany… żeby dziecko obserwować w szerszym kontekście i z tego wyciągać wnioski, a nie z wiedzy podręcznikowej, standaryzowanych testów, czy innych tego typu narzędzi.

Z Twojej historii o tym, jak Rysiek dochodził do swojej ścieżki edukacyjnej przebija duża akceptacja dla dawania dziecku przestrzeni na samodzielność. To pięknie brzmi, ale wiem, jak trudne jest to dla wielu rodziców, szczególnie takich, którzy mieli doświadczenia szkolne, gdzie samodzielność była tłumiona. Czy masz rady albo przemyślenia jak dawać dziecku pole do samodzielności? 

MK: Uśmiecham się, bo mi się przypomniało jak odkryłam – że przez moje dziecko, przez zamartwianie się czy nie wyląduje pod mostem, tak naprawdę powróciłam mentalnie do szkoły, w której nie byłam wzorową uczennicą… Moje doświadczenie szkolne mówi, że trzeba się napracować, żeby mieć rezultaty… a tymczasem moje dziecko oznajmia, że nie będzie chodziło do szkoły… Po pierwszym przerażeniu zaczęło się konfrontowanie ze sobą – “Monika, o co Ci tak naprawdę chodzi?” Pod strachem znalazłam bardzo dużą ukrytą ranę – wracałam wspomnieniami do swoich lat szkolnych i chciałam je zrobić jak najlepiej, jak najbardziej wzorowo – tę potrzebę przelewałam teraz na moje dziecko. Świadomość, że to nie moja edukacja, lecz Ryśka, a jednocześnie, że to jego czas na próbowanie bardzo mi pomogło. Wydaje mi się, że inni rodzice również się z tym zmagają, ponieważ to nie jest łatwe, żeby dostrzec te kalki myślowe. Jeśli bardzo nas poruszają wybory szkolne dzieci, to prawdopodobnie gdzieś uwiliśmy sobie gniazdko emocjonalne i tylko pozornie jest to dla dobra dziecka. Często jest to próba przeżycia swoich szkolnych lat od nowa, sprawienia, aby dziecko podążyło jeszcze lepszą ich wersją. 

KC: Czasem mimo dobrych chęci można tkwić w przyzwyczajeniach, które nie do końca służą dzieciom. Wejście na ścieżkę samodzielności dziecka i oddania mu wolności będzie się wiązało z dużą dozą niepewności, błądzeniem po omacku, myleniem się, ale też ze znajdowaniem wartościowych rozwiązań ….

MK: … i zmagania się z otoczeniem… słyszysz od bliskich “ale jak to do szkoły nie chodzi?!”, “ale jak to będzie nikim”, “ale jak to będzie taki osioł?!”… Czasem żartujemy jak syn robi jakiś błąd na Facebooku, że “nie chodzisz do szkoły, to nie umiesz” (śmiech), ale to są nasze żarty, w naszym systemie. Gdy nieustannie słyszysz od bliskich osób, że Twoje dziecko będzie nikim, to wyzwaniem jest to zaakceptować. Zauważyłam również , że bardzo dużo oczekuje się od kobiet, jeśli chodzi o wychowanie i wykształcenie dzieci. Pułapek w macierzyństwie i rodzicielstwie jest dużo, a do tego dochodzi obowiązek wyprowadzenia młodego człowieka na ludzi. Jak tego nie zrobisz – oczy bliskich i dalszych kierują się na Ciebie, czy na pewno wszystko zrobiłaś. Trzeba być bardzo silnym i odpornym psychicznie człowiekiem, żeby umieć to udźwignąć. 

KC: Ten bagaż staje się jeszcze większy dla rodziców w edukacji domowej, którzy są świadomi, że biorą odpowiedzialność za edukację swoich dzieci na swoje barki w taki bardzo oczywisty sposób. W szkole, gdzie ta odpowiedzialność jest współdzielona wydaje się być trochę prościej. 

Mówimy o samodzielności dziecka w edukacji. Jak to pogodzić z tymi myślami, które pewnie nieuchronnie czają się u większości rodziców “a co będzie z maturą”, “czy on wyrośnie na ludzi”, “jak poradzi sobie na sprawdzianach”, “co ludzie pomyślą”? Jak z tymi myślami sobie radzić? Jak je pokonać, albo się zdystansować? Jak Ty to robiłaś?

MK: Wyobrażałam sobie, że mam w domu ‘młodego dorosłego’, z którym trochę inaczej się rozmawia niż z dzieckiem. Z całą pewnością istotne jest to, żeby mieć swoje życie, a nie żyć życiem swoich dzieci. Zdaję sobie sprawę, że są różne dzieci oraz że rodzice mają różne doświadczenia i wiedzą jakimi byli dziećmi, jakie głupoty robili – to na pewno wpływa na sposób postrzegania własnych dzieci. Byliśmy od tego wolni z mężem jako wzorowi uczniowie, którzy nie robili żadnych problemów, ani nauczycielom, ani nie mieli żadnych niebezpiecznych przygód. Może to nas uchroniło, a może to jest taki wycinek perspektywy, którą mam ja, a inni rodzice mają inną. Dla tych Państwa, dla których to będzie ciekawe – można zrobić sobie taki trening przez jeden dzień, a potem może przez 3 dni, a potem przez 7 dnitak popatrzeć na tych swoich młodych dorosłych z perspektywą, że to nie jest ‘dzieciuch’, którego trzeba trzymać za rękę i przewijać, nawet jak ma 16-17 lat, może nawet 12. Tylko to są młodzi dorośli, oni też mają swój punkt widzenia, który jest ciekawy!

W tym miejscu mogę dotknąć tego ‘nauczycielskiego’ kawałka – mam taki zwyczaj, że pytam swoich uczniów co u nich słychać, jak się mają? Dla nich na początku to było nowe. Oni nie są przyzwyczajeni do tego, nikt z dorosłych ich o to nie pyta, ewentualnie ‘jak w szkole’, na co automatycznie odpowiadają ‘dobrze’, żeby nie było odpytywania. Myślę, że nie jestem w uprzywilejowanej sytuacji, że mogę ich o to wszystko zapytać i że oni mi to mówią. Wydaje się, że jeżeli my – dorośli nie zmienimy swojego podejścia do młodych ludzi, nie przestaniemy traktować ich jak dzieci, to oni faktycznie mogą mieć duże wyzwania, żeby sobą zarządzić. 

KC: Mamy traktować na pewnym etapie swoje dzieci jako młodych dorosłych, jako partnerów do dyskusji, a oni w tę dyskusję wkraczają – po pierwsze z coraz bardziej ukształtowanym światopoglądem, po drugie z dużymi prawami, żeby o sobie stanowić i swój głos w dyskusji wyrażać. To, jak rozumiem jest recepta, która pomaga przyjąć inną perspektywę i trochę się od obarczających winą myśli uwolnić. 

MK: Ale to jest trudne, nikt nas tego nie uczy. Ile razy my byliśmy “upupieni” przez naszych dorosłych? Jak mój syn nabrał wiatru w żagle i nauczył się wyrażać swoje zdanie, to rozmawia z ciocią, z dziadkiem, próbuje argumentować swoje racje, nawet gdy napotyka sztywność przekonań, chce się dogadać. Pięknie jest widzieć rezultaty: to nie jest człowiek, który się schowa, bo mu ktoś coś powiedział, tylko jest z całą gotowością i intencją porozumienia się. Z całą pewnością jest to praca do wykonania, choć może są ludzie, którzy się z tym rodzą, może mój Ryszard się taki urodził … i tylko trzeba było odpowiedniego środowiska, żeby mu się to wykształciło. 

KC: Widzę w tej historii, którą odpowiedziałaś duży kontrast. Z jednej strony dzieci, z którymi masz kontakt w szkole, których nikt nie pyta o zdanie, nikt nie zaprasza do dyskursu, a z drugiej strony opowiadasz o bardzo otwartym dialogu, który prowadzi Twój syn, w formie konfrontacyjnej, która nie jest prosta. Ciekawe jest, aby w ten sposób spoglądać na dziecko i na umiejętności, które wykształca. Umiejętnością nie jest tylko dany punkt podstawy programowej z biologii, umiejętnością jest też komunikacja, empatia, prowadzenie dyskusji. To są bardzo ważne umiejętności, o których cały czas się mówi, że szkoła ich nie kształtuje. 

Zastanawiam się jak w tym wszystkim “nie przeszkadzać” naszemu dziecku w nauce? Nawet gdy postrzegamy naukę tak holistycznie i widzimy, że stanowią o niej nie tylko szkolne przedmioty, to jak nie przeszkadzać? Jak Ty asystujesz w nauce, jak obserwujesz, kiedy w nią wchodzisz, kiedy się wycofujesz? Co robisz jako matka ucznia w edukacji domowej w jego procesie edukacyjnym na co dzień? 

MK: My późno zaczęliśmy z edukacja domową, większość roboty już mieliśmy wykonanej, nie musieliśmy się w nią włączać. Ale z takich rzeczy, które były istotne: Rysiek towarzyszył mojemu rozwojowi i w którymś momencie, przetrzepał moją bibliotekę i zaczął czytać rzeczy, które go interesowały. Dla nas edukacja domowa nie była przekroczeniem jakiejś niedostępnej granicy.  Po prostu w domu było wszystko to, czego potrzebował. Natomiast nie zdecydowaliśmy się na edukację domową, jak dzieci były małe, bo nie mieliśmy pojęcia, że ona jest dostępna. Gdybym była rodzicem mniejszych dzieci, przy których ten proces jest zupełnie inny, to wiem, że być może nie bylibyśmy w stanie pozwolić sobie na ED kilkanaście lat temu. Przy etatowej pracy obojga rodziców, trudno jest na co dzień towarzyszyć, uczyć w praktyce i być w wystarczającym wymiarze.  

Sądzę, że istotna jest również kwestia podążania za dzieckiem. Zauważam zmiany pokoleniowe w tej kwestii – nasi rodzice mieli podejście “równania do szeregu”. Obecnie w moim doświadczeniu patrzy się na swoje dzieci i widać, jaki mają charakter, co je pociąga, w którą stronę idą, jakie mają talenty. Ważna jest więc kwestia znalezienia w sobie: chęci i zaangażowania, żeby podążać za tym dzieckiem. 

KC: To, co wcześniej powiedziałaś jest bardzo często pomijanym elementem, bo w blaskach i cieniach edukacji domowej może się plasować jako cienie, a jednocześnie jest dużą prawdą o tym systemie, że trzeba się godzić z pewnymi poświęceniami. Tak jak mówiłaś, dwoje rodziców pracujących poza domem być może nie będą w stanie dać dziecku takiej edukacji domowej, jaką chcieliby dać. To jednak wymaga i czasu i zaangażowania i właśnie poświęceń. Zupełnie inne jest to zaangażowanie czasowe w przypadku młodszych i w przypadku starszych dzieci

MK: Tak, ale wiesz Karolina – dzieci lubią się uczyć. Zajrzyj 1-go września do szkoły i zobacz ile tam jest nadziei w tych oczach… one chcą się uczyć. Przyjdź na lekcje i popatrz w te oczy. Po pracach, które teraz widzę – a mam duży przekrój od 4 do 7 klasy – czwartoklasiści to jest żywioł, to jest życie, to jest coś pięknego. Jak piszą jakieś swoje historie, to widać, że im się chciało. A w siódmej klasie …no… już jest “brak zadania”. Co się dzieje między czwartą, a siódmą klasą, że nie chcą się zaangażować?…Jedno to jest ograniczenia spowodowane programem, drugie to jest bunt nastoletni, a trzecie to jest coś, co się dzieje między klasą czwartą a siódmą, że ginie ten ogień … Jest dla mnie duża tajemnica i “mój odkrywca” bacznie się jej przygląda, co też się dzieje, że 1 września są bardzo rozochoceni, a potem coś się zmienia i inne rzeczy stają się ważniejsze niż oddawanie prac na czas. 

KC: Twoje nauczycielskie ja. Zastanawiam się, jak podchodzisz do swoich doświadczeń szkolnych. Nie chciałbym jednoznacznie demonizować i mówić, że szkoła systemowa to jest samo zło, ale z twojej perspektywy: co jest takiego najbardziej istotnego, na czym zależałoby Ci, żeby to zmienić? Jaka zmiana przyniosłaby największą jakość, a jednocześnie co jest takiego w szkole, z czego się cieszysz będąc tam teraz? 

MK: Wydaje mi się, że jestem za krótko, że tak się wypowiadać. To jest mój come back do szkoły. Po studiach pracowałam w szkole, robiąc staż jako nauczyciel. Pamiętam, że się wtedy bardzo wypaliłam. To było trudne doświadczenie. Z jednej strony była postawa młodej nauczycielki, siłaczki – zmieńmy wszystko! A dzisiaj mam takie podejście – zróbmy wszystko, co możemy zrobić z tym, co mamy. Zanim zaczęłam pracować z dziećmi prześledziłam programy edukacyjne, czego się oczekuje od młodych ludzi, sprawdziłam podręczniki. Okazało się, że w ramach programu jest bardzo dużo do zrobienia, a chciałabym, żeby znalazł się jeszcze czas na budowanie relacji. Istotne jest również, aby uczniowie nie bali się rozmawiać z dorosłymi, potrafili się komunikować, żeby odpowiedź “nie wiem” nie była dla nich kołem ratunkowym, tylko pretekstem do poszukiwania informacji. Szkoła nie może funkcjonować jako instytucja do kontroli zadań, na których uczeń nie miał czasu zrealizować. Na tym właśnie mi zależy i taką zmianę staram się wnieść.

To, co mi największą frajdę sprawia – to, że jestem w stałym kontakcie z ludźmi. Każdy ma swoją historię, każdy ma do opowiedzenia swój kawałek i to jest fascynujące. Uczniowie zaczynają się dzielić swoimi spostrzeżeniami, mają bardzo ciekawe informacje, z różnych źródeł. Okazuje się, że danie przestrzeni do mówienia może prowadzić dyskusję w bardzo ciekawe rejony. Przykład: omawiamy lekturę związaną z czasami wojennymi, a w prezentacji uczennicy pojawia się temat “wszy”. To niestandardowe podejście do tematu, które wymaga zaangażowania, poszukiwań. Młodzi ludzie mają dostęp do wiedzy i to jest niezwykłe, że można się od nich uczyć. To jest druga rzecz – mogę się od nich uczyć i wcale nie jestem pewna, kto to bardziej korzysta, czy ja czy oni. Ja to jeszcze odmładzam. 

KC: To jest to, co mówiłaś, że młodzi ludzie lubią się uczyć 🙂 


Zainteresowała Was perspektywa Moniki? Jeśli tak, będzie nam bardzo miło, gdy odsłuchacie całego nagrania dostępnego tutaj, na naszym Facebooku. 

Już niebawem kolejne webinary, polajkujcie nasz profil, aby nie przegapić informacji o nich!

Chcesz się dowiedzieć więcej o edukacji domowej w Szkole w Chmurze? Sprawdź najczęściej zadawane pytania.


Monika Kurdej: coach, terapeutka par i rodzin, psychodietetyczka (www.zasmakujwzyciu.pl), a od niedawna nauczycielka języka polskiego w szkole tradycyjnej. Monika jest mamą maturzysty w ED oraz 16-latka w szkole tradycyjnej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *